„Studenci” Uniwersytetu Trzeciego Wieku w operze.

  • Drukuj

 

 

       Na ten wyjazd czekaliśmy długo. Kiedy udało się zamówić bilety, okazało się że chętnych jest dużo więcej. Niestrudzona i skuteczna w takich staraniach Lidia Nazaruk wyprosiła jeszcze trzydzieści miejsc i w rezultacie 25 stycznia pojechały dwa autokary z ponad osiemdziesięcioma osobami do Opery i Filharmonii Podlaskiej na „Straszny dwór” Moniuszki uważany za jedną z dwóch (obok „Halki”) oper narodowych. O dodatkową atrakcję w postaci zwiedzania z przewodnikiem całego gmachu wystarała się Przewodnicząca UTW.

 

       Poznaliśmy historię i koncepcję budowy tej wyjątkowej w całej wschodniej Polsce budowli. Obejrzeliśmy główną salę widowiskową i jedną z mniejszych (aktualnie grają tu „Jasia i Małgosię”). Główna sala na 770 miejsc, dwukondygnacyjna imponuje wielofunkcyjną supernowocześnie wyposażoną ogromną sceną. Przemierzając korytarze i hole na kilku kondygnacjach podziwialiśmy szklano – metalowe konstrukcje dające wrażenie lekkości i przestronności. Zajrzeliśmy także do zewnętrznie usytuowanego amfiteatru (latem działa tu kino letnie i odbywają się koncerty).

       Duże zainteresowanie wśród zwiedzających wzbudziła wystawa instrumentów muzycznych (z prywatnej kolekcji Romana Krysta) ze znawstwem zaprezentowana przez p. Kustosz.

       Samo przedstawienie operowe wywarło na nas duże wrażenie, tym bardziej, że większość z nas nie widziała nigdy opery. Nasz przewodnik uprzedził, że widowisko zostało przygotowane z wielką starannością pod względem scenograficznym (np. dworek szlachecki w Kalinowie nie jest makietą, a konstrukcją zbudowaną z prawdziwych kłód drewna). A kiedy dzięki „maszynerii” scenicznej całe wyposażenie zaczęło się bezszelestnie i niemal niewidocznie przemieszczać płynnym ruchem w zmieniającym się oświetleniu, a z nim poruszać tłum barwnie ubranych postaci, śpiewających, wymachujących szablami, a tej kawalkadzie towarzyszyła muzyka orkiestrowa – to widz nie wiedząc, kiedy – poczuł się w środku wydarzeń, których nie całkiem rozumiał, ale które go porwały.

       Poza scenerią jak w kalejdoskopie zmieniały się nastroje, muzyka i śpiew – od chóralnego do lirycznych arii.

       I zachwyt widzów byłby pełny, gdyby nie fakt, że odbiór treści śpiewanych partii nastręczał sporo trudności – wszak formą wypowiedzi operowej jest śpiew, a ten do widza nie zawsze w pełni dociera, (choć akurat my siedzieliśmy w pierwszych rzędach). Nasi widzowie nie byli przygotowani na taką „oporność materii scenicznej”. Nasza sugestia do działu organizacji widowni, dobrze byłoby, gdyby za drobną opłatą można było dostać wydrukowane libretto (ozdobny i drogi program nie dla wszystkich jest właściwym rozwiązaniem).

       Mimo tych mankamentów nasi uczestnicy z przedstawienia wyszli zachwyceni bogactwem wrażeń i przeżyć. Szczególnie w oczach i uszach pozostały sceny końcowe – brawurowy mazur, zbiorowy chóralny śpiew finałowy, starannie przemyślane pożegnanie z widownią.

       „Przepytywane” na gorąco koleżanki i koledzy prawie jednogłośnie mówili o ogromnym wrażeniu, jakie wywarła na nich opera jako widowisko sceniczne, o jego oddziaływaniu na wszystkie zmysły, emocjach, jakie wzbudziła.

       Kilka bardziej doświadczonych bywalczyń przedstawień operowych dostrzegło jednak słabość niektórych głosów (za lepsze uznano głosy kobiece). Warto jednak pamiętać, że ten rodzaj sztuki jest w Białymstoku formą nową i trudną, że placówka nie ma własnego zespołu śpiewaków.

       Niezależnie od takich opinii wszyscy uczestnicy naszego wyjazdu są gotowi wybrać się na „Korczaka” (o tym musicalu opowiadał przewodnik), więc może w marcu? (Tak sugeruje nasza szefowa).

  

       PS.

       Jeszcze mała łyżeczka dziegciu do tej beczki miodu. Czyżby w prestiżowej nowej placówce kulturalnej (w nazwie europejska) zabrakło wody? Nie ma, bowiem nie tylko bufetu, ale nawet prostego pojemnika z wodą do picia!

  

Autor: mgr Antonina SKORUK

 

 

Foto: Mikołaj Weremiuk